Aktualności


SZUKAJ:

Świadectwo Mileny, transpłciowej buddystki.

2015-07-16 21:55:39, komentarzy: 0

Po części zainspirowana osobą, a po części wypowiedziami Kingi Kosińskiej chciałabym podzielić się własnymi doświadczeniami związanymi z traktowaniem osoby transpłciowej, w tym przypadku oczywiście mnie, w relacjach w grupie związanej z religią / duchowością. Chciałabym to opisać teraz, póki wszystko pamiętam, póki wszystko jest świeże, bo wydarzyło się zaledwie kilka dni temu... Podobnie jak Kinga, jestem osobą związaną z tradycją religijną, aczkolwiek w moim przypadku jest to buddyzm, a nie Kościół Katolicki. Związek ten ciągnie się od dawna, bo od ponad 20 lat i kiedy jesienią 2013 roku podjęłam decyzję o tranzycji, rozpoczętej w maju następnego roku, bałam się, że to oznacza dla mnie ostateczne rozstanie z moją duchową ścieżką, szczególnie po bardzo złym doświadczeniu z jednym z moich buddyjskich znajomych. Uznałam, że nie warto nawet starać się o akceptację, bo jej i tak nie otrzymam...
Tymczasem... Nieco ponad miesiąc temu dostałam maila od Michała, organizatora retreatów (odosobnień poświęconych naukom i medytacji) z moim buddyjskim nauczycielem, w którym pytał dlaczego zniknęłam z FB (chodzi o moje wcześniejsze, męskie konto), czy mam jakieś kłopoty i czy może mi w jakiś sposób pomóc. Oczywiście, miałam i mam mnóstwo problemów, począwszy od finansowych, ale główny leżał w czymś innym. Po chwili wahania odpisałam Michałowi, opisując wszystko, co się wydarzyło w ciągu ostatniego roku, włącznie z moją tranzycją. Spodziewałam się chłodnej, zdystansowanej wobec mnie odpowiedzi, pouczeń, czy nawet odcięcia się ode mnie. Zwrotnego maila otworzyłam ze strachem. Wystarczyło jednak, że spojrzałam na nagłówek, w którym widniało moje kobiece imię, by zrozumieć, że nie muszę się bać. Michał zapewniał mnie, że nie ma żadnego problemu z moją transpłciowością, że mogę przyjechać na retreat, że zadba o to, by nikt nie traktował mnie w zły sposób. Jak wyjaśniał, dla niego to tylko kwestia gramatyki, tego, że teraz będzie się do mnie zwracał w kobiecej, a nie męskiej formie, natomiast w przyjaźni nic się nie zmienilo. Dodał, że jeśli mam problemy finansowe, nie muszę płacić za udział, postara się również o darmowy nocleg. Zaoferował się również porozmawiać w moim imieniu z nauczycielem. Trochę później dostałam kolejnego maila w którym informował, że kontaktował się z lamą i że nie ma żadnego problemu z moim transseksualizmem. Cóż, nie pozostało nic innego niż jechać, przecież wewnątrz siebie, mimo strachu, bardzo tego pragnęłam.
Oczywiście, pomimo wszystkich słów wsparcia jakie otrzymałam i tak byłam pełna obaw. Do gompy (pomieszczenia, gdzie odbywają się wykłady i praktyki) wchodzę z wahaniem i mocnym biciem serca. Od razu wpadam na Michała, który obejmuje mnie, ściska na powitanie i pyta o podróż. Zrozumiałam, że nie ma między nami żadnego dystansu, wszystko jest w porządku. Tuż za nim z pokoju obok wychodzi żona lamy. Witam ją angielskim hello, patrzy na mnie ze zdziwieniem. Cóż, po dwóch latach, w tym roku na hormonach, chyba mocno się zmieniłam i nie poznaje mnie. Michał tłumaczy jej kim jestem, mówi o mojej korekcie płci. Kiwa głową, dalej patrzy ze zdziwieniem, ale uśmiecha się do mnie i obejmuje na powitanie. Słysząc tłumaczenia Michała z pokoju wychodzi lama. On wie kim jestem. Wita mnie z uśmiechem, przytulając i mówiąc, że myślał o mnie i miał nadzieję, że przyjadę. W gompie znajduje się jedynie kilka osób, bo trwa przerwa obiadowa, spoglądają na mnie z zaciekawieniem, ale uśmiechając się i witając. Przy kuchni mruga do mnie dziewczyna ze spiętymi z tyłu głowy, długimi wlosami, którą Michał przedstawia mi jako Julkę, u której będę nocowała. Zostawiam bagaże, pomagam Julce przy obiedzie, trzeba pokroić warzywa do podsmażenia na patelni. Po kilku minutach nie ma już między nami żadnego dystansu, jakbyśmy znały się od lat, chociaż widzimy się pierwszy raz. Idziemy na miasto po wino do obiadu (to linia tantryczna, alkohol nie jest zakazany), Julka opowiada mi o swoich perypetiach życiowych, ja o swoich. Okazuje się, że nie miała łatwo, myślę, że ma więcej trudnych i bolesnych doświadczeń ode mnie, chociaż nie należy do żadnej mniejszości. Mam w oczach łzy wzruszenia... Wracamy, zostaję zaproszona na obiad z lamą. Jest miła atmosfera, zero oficjalności, wyciągam z walizki drukowaną na płótnie, malowaną w programie graficznym thankę (wizerunek formy bóstwa medytacyjnego) i podarowuję lamie. Dziękuje i wspomina, że moją poprzednią thankę, podarowaną dwa lata temu, ma zawieszoną w swoim domu w Indiach i że obie są bardzo piękne. Dostaję w zamian malę (buddyjski "różaniec") z czerwonego sandału. Lama mówi, że to specjalna mala do praktyk dakini (kobiecej formy, związanej z żeńskim aspektem oświecenia)... Kolejne wzruszenie...
Drugi dzień, przechodzę, zgodnie z sugestią nauczyciela, ceremonię schronienia (w jakimś stopniu odpowiednik chrześcijańskiego chrztu) i otrzymuję nowe imię, oczywiście - kobiece. Co prawda, w polskich realiach na codzień i tak nie będę go używała, ale ma ono dla mnie wymiar symboliczny i duchowy i bardzo wiele znaczy. Czuję się w pełni uznana, również jako kobieta... Mija kilka cudownych dni, między mną a pozostałymi osobami z którymi mam okazję przebywać znika początkowy dystans, wszyscy widzą, że jestem normalna i zwyczajna i traktują mnie w taki właśnie sposób - jak normalną osobę, taką jak inne. Siedzący obok chłopak podsuwa mi brakujący tekst, do wspólnego korzystania, ja później rewanżuję się w podobny sposób. Gdy schodzę po schodach napotykam znowu Michała. Pyta się, czy wszystko dobrze, czy nikt nie traktuje mnie źle, jak mi się mieszka u Julki, ale nie mam nic złego do powiedzenia, jest dobrze, nawet bardzo dobrze, nie mam na co narzekać. Zaprzyjaźniam się blisko z Julką siedząc wieczorem w jej mieszkaniu, w trójkę, bo jeszcze z wynajmującym pokój jej znajomym, gejem. Mamy wspólne zainteresowania: ja tworzę grafikę na komputerze, Julka amatorsko maluje, a jej znajomy, Filip, studiuje na ASP i również maluje. Julka pokazuje mi swoje najnowsze dzieło - piękną ikonę Matki Boskiej, utrzymaną w prawosławnej stylistyce. Wykonała ją na zamówienie, przyda jej się trochę pieniędzy, bo zarabia niewiele i nie przelewa jej się. Obok, oparte o ścianę stoją zagruntowane blejtramy ze szkicami do autoportretu i przedstawienia warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki. Na biurku farby, pędzle, szczotka do włosów, krem - “artystyczny nieład”. Myślę sobie z uśmiechem, że zebraliśmy się niczym jakaś "bohema artystyczna"...
Ostatni dzień... Pożegnania... Lama ściska mnie i mówi, bym nie bała się przyjeżdżać, bo jestem zawsze bardzo mile widzianą osobą, to samo powtarza od siebie Michał i Natalka, jego żona. Nauczyciel pyta się, co zamierzam teraz namalować i usłyszawszy moje plany, kiwa głową, że to świetny pomysł. Stojąca obok dziewczyna, z którą nie miałam do tej pory okazji porozmawiać, pyta, czy to moja thanka wisi obok fotela lamy. Potwierdzam, dostając w zamian słowa uznania, również od jej koleżanki. Od Julki otrzymuję na pożegnanie kolczyki i bransoletkę, ale nie to jest najważniejsze, ale fakt, że zyskałam nową, cudowną przyjaciółkę. Zaprasza mnie na przyszły raz, zapewniając, że mogę w razie potrzeby nocować u niej... Rankiem pociąg i powrót oraz ogromny, pozytywny szok, z którego nie potrafię wyjść... Jakbym przeżyła kilka dni w innej rzeczywistości, jakby to nie była ta nasza zwyczajna i momentami okrutna polska codzienność... Okazuje się, że można i tak...

 

(imiona wszystkich osób zostały zmienione dla zachowania ich prywatności)

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Strony internetowe dla firm - szybko i za darmo!