Aktualności


SZUKAJ:

Kościół trans(kobiet) - subiektywna recenzja książki Zuzanny Radzik.

2015-08-05 19:25:14, komentarzy: 0

 

Kiedy w pewnym momencie lektury „Kościoła kobiet” Zuzanny Radzik natknęłam się na epizodyczny ale jednak, wątek transseksualny, naiwnie jak to miewam w zwyczaju, odebrałam to jako dobry znak. Zrobiło mi się miło i pomyślałam, że świetnie iż tę książkę czytam. Chodzi o wzmiankę na temat serialu Orange is the new black gdzie jedna z bohaterek, zakonnica przyjaźni się z transpłciową postacią graną przez Laverne Cox. Postać zakonnicy oparta jest na rzeczywistej kobiecie, która swoją działalnością przekroczyła ramy obowiazującego prawa. Jest to gdzies tam wyznacznik większości bohaterek tej książki. Działają na pograniczu, kierując się przekonaniem o słuszności swych poczynań, na granicy prawa kościelnego a przynajmniej tego jak jest ono postrzegane przez większość wspólnoty katolickiej do tej pory.

 

 

Mamy zatem mały „myk” w postaci wyświęcenia na kapłanki kilku kobiet podczas rejsu na wodzie tak by uniknąć konsekwencji tego czynu, który i tak jest krytykowany ze względu na kontrowersje wokół kapłana swięcenia wykonującego. Są siostry podróżujące autokarem przez Amerykę, kobiety czynu, jakże odległe od wizji znanych nam sióstr zdobiących kwiatami ołtarz. Mamy energiczne, dojrzałe, krótko obcięte, ubrane po świecku w spodnie kobiety, które po latach doswiadczeń i również niepowodzeń, konsekwentnie realizują swoje powołanie w rozwijanie bardzo różnorodnej teologii feministycznej.

 

 

Książka jest wyliczanką nazwisk kobiet o których dowiedziałam się dopiero z niej. Jestem zielona w temacie i treści tutaj zawarte były dla mnie niezwykle odświeżające. Konserwatywna w swych poglądach na temat swięcenia kobiet, zawsze uważałam, iż ok, jeśli ktoś czuje taką potrzebę to spoko jednak bez entuzjazmu z mojej strony. Nigdy jednak nie miałam okazji tak szeroko poznać argumentacji tych kobiet, tego co nimi kieruje. Ta książka dała mi na to niezwykłą szansę w postaci grubej, treściwej piguły.

 

 

Kobiety postrzegane jako te mające dawać życie, stworzone do bycia wyrozumiałą, opiekuńczą, dają sygnały iż wypracowanie tych cech wymaga tyle samo wysiłku co u mężczyzn i wcale nie jest ofiarowane im ot tak. Autorka podkreśla brak możliwości realizacji zawodowej kobiet z wykształceniem teologicznym w świecie zdominowanym przez męskich duchownych. Dowiadujemy się jak kobiety walczyły o to by brać czynny udział w obradach synodalnych, jak były lekceważone oraz poznajemy momenty przebłysku w umysłach i duszach duchownych, gdy to zdają się dostrzegać jak bardzo nieznany świat uchyla się przed nimi. W pewnym momencie dla czytelnika oczywistym staje się fakt jak wielką rolę u podstaw funkcjonowania katolickich instytuacji odgrywają kobiety a jak bardzo ich głos ma męską barwę i mówi utartymi schematami, oddalonymi od rzeczywistości.

 

 

Jest tutaj wiele zawiedzionych nadziei. Coś co miało trwac góra 10 lat a zaczęło się kilkadziesiąt temu, trwa do dziś i wciąż wzbudza kontrowersje. Bohaterki uzmysławiają sobie podczas rozmów z Panią Zuzanną, iż są częścią bardzo długiego procesu, którego pewnie nie uda się osiągnąć za ich życia. Zmiany następują powoli. Nawet w autorce zdają się momentami puszczać nerwy gdy daje pstryczka w nos samemu papieżowi Franciszkowi, który wypowiada się o kobietach jako wisience na torcie. Jest zdziwienie gdy pomimo ogromnego dorobku naukowego w teologii wielu kobiet, mnóstwa publikacji, wielu z nich już wiekowych, władze kościelne podchodzą do tematu teologii feministycznej jako calkowitej nowości. Rolę kobiety jako coś nad czym należy się dopiero pochylić i zacząć dokladniej badać. Podczas gdy one są aktywne, działają i ciężko pracują od dziesiątek lat teologicznie argumentując swoje postulaty.

 

 

Różowy dym puszczony w Watykanie jest symbolem pewnego zniecierpliwienia, mającego jednak niezwykle kobiecy, dojrzały wymiar. Konsekwencja działania zadziwia i jest niezwykle inspirująca. Ja oczywiscie wszystko filtrowałam przez doswiadczenie własnej transpłciowości i zastanawiałam się gdzie jest w tym wszystkim transkobieta. Ktoś kto często ma doświadcznie bycia mężczyzną w obrębie swojej wspólnoty jak i po przejściu tranzycji wkraczający w swiat tej stereotypowo 'różowej części' pod którą jednak skrywa się wiele bogatych barw, wręcz cała paleta. Konieczność rewolucji wydaje się tutaj elementem kluczowym. Wiele transkobiet opuszcza wspólnoty katolickie nieznajdując zrozumienia dla tego kim są. Podobnie jest z feministycznymi teolożkami. Dla mnie kluczowym jest wskazanie możliwości realizacji własnej wiary i uświadamianie podobnym sobie, że mają prawo głosu. Od tego zaczyna się droga ku prawdzie. To nas łączy a ta książka z całą pewnością ukazuje, ze bycia kobietą nie da się zamknąć w prostej definicji. Odnajdując podobienstwa, szanując różnice można skostniałe struktury w których sens wątpi również wiele osób czynnie w nich uczestnicząca i będaca płci męskiej, zreorganizować tak by każdy kto czuje się w niej jak w domu,miał swoje miejsce. Kościół (trans) kobiet ? Ja myślę, że to celowa prowokacja i chodzi przede wszystkim o nasz wspólny KOŚCIÓŁ, tak jak wspólne może być wspóldziałanie w nim obydwu płci na równych zasadach. Polecam książkę, również laikom takim jak ja :)

 

 

Kinga Kosińska

 

 

« powrót

Dodaj nowy komentarz

Strony internetowe dla firm - szybko i za darmo!